Po telefonie od farmaceuty dwa razy więcej chorych z cukrzycą i PChN zaczęło brać inhibitor SGLT2
W ośmiu ośrodkach amerykańskiej służby zdrowia weteranów leczenie rozpoczęło 33,5 proc. pacjentów po kontakcie farmaceuty wobec 15,5 proc. przy zwykłej opiece. W rocznej obserwacji nie widać jednak różnicy w twardych punktach końcowych.
Opublikowano

W ośmiu ośrodkach Veterans Affairs sprawdzono, co się stanie, gdy farmaceuta sam wyszuka pacjentów z cukrzycą typu 2 i przewlekłą chorobą nerek, którzy kwalifikują się do inhibitora SGLT2. Wytypowano ich z rejestru cukrzycy, łącznie 8658 osób ze średnią wieku 78,7 roku. Chory dostawał list edukacyjny, a potem dzwonił farmaceuta kliniczny. W uzasadnionych przypadkach sam włączał empagliflozynę (Jardiance) i pilnował dalszej kontroli.
Po roku lek brało 33,5 proc. chorych z grupy interwencyjnej i 15,5 proc. przy zwykłej opiece (hazard względny 1,91, 95 proc. CI 1,69–2,16). Po 12 miesiącach terapię nadal prowadziło 19,6 proc. wobec 9,7 proc., a NNT wyniosło 10. Część osób odmawiała, bo chciała najpierw omówić leczenie z lekarzem prowadzącym.
Rok obserwacji nie wystarczył, żeby zobaczyć różnicę w zgonach, niewydolności nerek lub serca, zawale i udarze. W analizie eksploracyjnej win ratio wyniosło 1,02 (95 proc. CI 0,97–1,07). Autorzy widzą wartość organizacyjną. Farmaceuta domyka lukę we wdrażaniu terapii zgodnej z wytycznymi i nie dokłada pracy lekarzom podstawowej opieki, a przy okazji może wrócić do wyników badań i stosowania się do zaleceń.